HONOROWY PATRONAT NAD PRZEDSIĘWZIĘCIEM OBJĘŁY:

(kliknij w logo, aby przeczytać dokument potwierdzający patronat)

 

        

 

Aktualny stan przygotowań do wyprawy - również na:

 

                     

 

W związku z wyjazdem pojawiła się u nas ekipa filmowa gdańskiej Panoramy. Oto materiał wyemitowany przez TVP Info o/Gdańsk w dniu 07.02.2013:

 

 

W S P O M N I E N I A  Z  P O D R Ó Ż Y:

 

Dzień piąty - magia czerwieni

 

Kraj tysiąca i jednej nocy, jak nazywanym jest często Maroko, odkrywał przed nami coraz więcej swoich tajemnic. Zaskakiwał nieznanym i uczył poznaniem. Czekał z kolejnymi niespodziankami każdego dnia.

W dniu piątym mieliśmy się przekonać, jak wygląda życie w sercu Maroka, w miejscu, które jest jego wizytówką i dumą. Na dziś zaplanowaliśmy wyjazd do Marakeszu. Choć oddalony o 250km to ze wszech miar wart zobaczenia, zapoznania się z Marokańczykami i ich kulturą nie tylko od strony miejscowości turystycznej.

 

Wyruszyliśmy z samego rana. Zapowiedź długiej ale urokliwej i malowniczej trasy nie przestraszyła nikogo. Już niedługo po wjeździe na autostradę przekonaliśmy się, że zapowiedzi kierowcy nie były słowami rzuconymi na wiatr. Im bardziej oddalaliśmy się od Agadiru, tym krajobraz stawał się bardziej górzysty. Droga wiodła wprost do łańcucha gór, majaczącego gdzieś na horyzoncie. Duże przewyższenia, które musieliśmy pokonać po dotarciu do ów gór okazały się nie lada wyzwaniem dla autokaru. Tutaj, w odróżnieniu od dróg po których jeździliśmy w niedzielę, nie było serpentyn. Szeroka autostrada zdawała się zwyciężać z naturą - przecinając mniejsze, ale całkiem spore wzniesienia na pół. Zdawało się, że marokańscy budowniczowie nie znają przeszkód. W końcu jednak dotarliśmy do szczytu wzniesienia, w którym, jako, że było zbyt duże na "przecięcie", wydrążono tunel. Po wyjechaniu z jego drugiej strony - krajobraz diametralnie się zmienił, znów usystematyzował w równinę, zatracił mnogość barw na rzecz wyblakłej żółci.

 

 

O tym, że zbliżamy się do Marakeszu świadczył chociażby zmieniający się wygląd mijanych zabudowań. Coraz częściej zarówno ziemia, jak i budynki przybierały wszelkie odcienie czerwieni. Marakesz, zwany "czerwonym miastem" swój przydomek zawdzięcza właśnie kolorystyce zabudowań. Ów kolor kojarzyć ma się z krwią, którą przelali w czasie budowy robotnicy budujący meczet Kutubijja - najwyższy budynek w Marakeszu. Datowana na 1199 rok świątynia, w pobliżu której zatrzymaliśmy autobus, wybija się ponad miastem siedemdziesięciometrowym minaretem. Niestety, tak jak wszystkie meczety w Maroku, tak i ten objęty jest zakazem wstępu w celach zwiedzania.

 

 

Kolejnym celem była medina, czyli odpowiednik naszego starego miasta. To miejsce skupia w sobie zarówno centrum gospodarcze, handlowe miasta jak i miejsce, do którego odwiedzenia nie trzeba namawiać turystów. Labirynty wąskich, zatłoczonych uliczek zdają się nie mieć końca, a gubią się w nich nawet mieszkańcy Marakeszu. Takimi uliczkami dotarliśmy do pałacu El Bahia. Ten, jak na swój wiek dobrze zachowany pałac, otoczony jest ogrodami. Jest to jedno z ulubionych miejsc odpoczynku mieszkańców. Miejsce to budzi zachwyt malowniczością swoich wnętrz, wielością różnorodnych płytek, które zdobią ściany i posadzki, a także niezliczoną ilością wzorów, w które zostały ułożone. Na jednym ze sklepień dopatrzyć się było można podobieństwa wzoru do haftu kaszubskiego.

 

 

Dwaj lokalni przewodnicy, którzy towarzyszyli nam tego dnia przybliżyli historię i funkcje pełnione przez obiekt. Dociekliwe audytorium niejednokrotnie zmuszało panów do dygresji, a tematy schodziły na bardzo ciekawe zagadnienia islamu czy ludowych wierzeń, w których jak się okazuje, można czasami dopatrywać się analogii w stosunku do ich słowiańskich przedstawicieli.

Kolejna długa i wąska uliczka wypełniona straganami, rowerami, motorowerami i osiołkami ciągnącymi wózki z towarem przeznaczonym na sprzedaż doprowadziła nas do berberyjskiej apteki. Miejsce gromadzące przeróżne zioła, herbaty i kosmetyki czyli wszystko to, co Berberom pozwalało zachować zdrowie i młodość ducha. Oprócz tego niezwykle aromatyczne przyprawy takie jak szafran, curry, czarnuszka czy kardamon, które dodają smaku nawet najbardziej umęczonemu życiu Marokańczyka.

Po wyczerpującej opowieści na temat przeróżnego zastosowania kolejnych specyfików ruszyliśmy w drogę ku placu Jaama el Fna. To najbardziej rozpoznawalne i kojarzone z Marakeszem miejsce. Za dnia stanowi ogromne targowisko - marakeski souq, gdzie kupić można dosłownie wszystko - od pomarańczy po węże. Wieczorem z kolei miejsce to zamienia się w arenę dla pokazów wszelkiego rodzaju rzemiosła, sztuki czy nadprzyrodzonych zdolności metafizycznych. Co róż spotkać możemy również zaklinaczy węży. Wszystko to otoczone murami starych kamienic, w których usytuowano nieskończoną ilość restauracji dających szansę skosztować kuchni często niewyobrażalnej dla europejczyka.

 

 

Czas na zwiedzanie i korzystanie z uroków tego miejsca upłynął niezwykle szybko. Większość z nas skorzystała z okazji kupując pamiątki i inne drobiazgi z podróży. Wybierać mieli w czym i amatorzy egzotycznych owoców, i zwolennicy wyrobów skórzanych. Targowanie się o cenę, należące tutaj do dobrego smaku i zwyczaju, weszło w krew nawet najbardziej opornym. Kolejny raz okazało się także, że brak wspólnego języka nie przeszkadza w komunikacji - przynajmniej na poziomie ustalania ceny towaru.

 

Jako, że słońce już zwolna opadało na horyzont, a droga przed nami długa - nadszedł czas pożegnania z tym niewątpliwie urokliwym i magicznym miejscem. Dziś w nie jednej głowie zakiełkowała myśl powrotu tutaj na choćby trochę dłużej...

 

 

 

 

 

 

 

Przejdź do: <<< dzień pierwszy, dzień drugi, dzień trzeci, dzień czwarty, dzień szósty, dzień siódmy/ósmy, poprzednie wpisy (przygotowania) >>>